Dziś historia była taka. Wracam grzecznie po ostatnich zakupach do domu, żeby zabrać graty i na lotnisko ruszyć. Nie myślcie sobie, że jakoś z zapasem dużym do tego domu przybyłam, raczej tak na styk, żeby tylko dopakować graty, kły przetrzeć i ruszyć w JFK AirPort stronę.
Oczywiście deszcz dziś ,jak na złość, lał niesamowicie, dlatego i tylko dlatego, że to dzień ostatni pożyczyłam sobie parasol od przemiłej pani z hotelu. Nie cierpię parasoli, ale stwierdziłam, że pewnie słabo się 12h w mokrym ubraniu leci, a słabo też jak Ci deszczówki do ostatniej, nowojorskiej „Venti Iced Oat Milk Latte” naleci.
Nad człowiekiem parasol mniej potrzebny, jak się jest z tego pokolenia jeszcze, co się od deszczu nie rozpuszcza dzięki Bogu. Jakoś to kiedyś skonstruowane lepiej było i ludzie mocniej byli wodoodporni. Nie lubię tez parasola, bo jak przestanie padać nagle to trzeba to nosić cholerstwo później i zawsze się tak kończy, że gdzieś to zostawię i nie ma na zawsze.
No wiec wracam, of kors central parkiem lece, deszcz leje, ludzie biegają (tak, tak, nigdy nie przestają), przez środek na skróty pędzę, żeby na samolot zdążyć. Jedna droga zalana, na około trzeba, bo się na bank do butów wleje kałuża cała i nie wyschnie na pewno, bo hjumid dziś 90% wynosi, wiec awaryjna droga potrzebna. Ta już musi być ostateczna, bo do kolejnej drogi awaryjnej to już trzeba na około ostro, pod górę, przez pół parku i nie w tą stronę co trzeba, a czasu nie ma.
Szajs straszny, druga droga też zalana, na szczęście zauważam pana. Ogarniacz parkowy, zwany ogrodnikiem, w meleksie siedzi i nudzi się chyba, tak zakładam przynajmniej, bo co w parku w deszczu innego można robić, nudy straszne. To mój ratunek jedyny, pan z autem taki, żeby na około przez park nie lecieć i się na samolot nie spóźnić. Dlatego długo nie myślałam, po prostu zapytałam, czy by mnie przez ten staw wielki nie przetransportował przypadkiem tym meleksem ogrodniczym dwuosobowym z krzewami, chwastami, wiaderkiem i łopatkami na pace. Popatrzył dziwnie, wzruszył ramieniem, pomyslal jeszcze dwa razy, podrapał się po głowie, coś tam sobie przekminił, rozejrzał się, czy jednak pieszej drogi dla mnie nie ma i mówi że mokre ma w aucie siedzenie, jak mi nie przeszkadza to wsiadać mogę i tak ciekawszych rzeczy nie ma do roboty. Nudził się mocno najwyraźniej, bo przez kałuże mnie przewiózł i park cały, aż na skraj jego, żebym nie zmokła przypadkiem, nie napotkała żadnej innej przygody i sie nie spóźniła na samolot na pewno. Pożyczył miłej podróży, choć już całkiem miła była ta parkowa wycieczka, zawrócił na chodniku, skinął na do widzenia i zniknął w zamokniętym centralnym parku. Szkoda, że na lotnisko tak daleko, bo dużo fajniejsza byłaby ta wycieczka meleksem takim, niż dusznym metrem przez pół miasta i jeszcze trochę.
(Że też o ten transport na lotnisko nie zapytałam ;) )