Jechać/nie jechać oto jest pytanie. Chociaż kiedyś ustaliłam sobie sama ze sobą, że jechać zawsze trzeba, a w razie czego można żałować później, że się pojechało, to zupełnie nie wiem jak to się stało, że jakoś zapomniałam na moment tą zasadę. Ciekawe, że tak szybko można zapomnieć o postanowieniach i swoich własnych ustaleniach, nawet tych przyjemnych. O mniej przyjemnych nie wspomnę, bo mam wrażenie, że o tych to zapominam, jak tylko je wymyślę. Ale. Wróćmy do zasad i przyjemnosci. Zasada 4 RUUDE życia głosi: „lepiej zrobić niż nie zrobić” wiec jak tylko sobie tą zasadę przypomniałam, to się spakowałam i jestem.
W kamperze, w Hiszpanii aktualnie. Po przejechaniu kilku krajów wcześniej, dotarłam do planowanego celu- Walencji. Tzn jeszcze nie całkiem, dziś przystanek niedaleko, żeby jutro z samego rana, (po hiszpańsku, koło 12) wyruszyć na zwiedzanie.
Dziś za to siedzę sobie przed kamperowym domem, patrzę na palmę, która lekko zasłania mi plaże i się cieszę dość mocno, że się na dwa wyjazdy na raz spakować musiałam. Jak się okazje, mimo hiszpańskiej aury, jest tyko 17stopni i wieje od morza przeciągiem jakimś. Nie pizga złem na szczęście , raczej bym powiedziała, że jest pociągająco.
Z pakowaniem w ogóle był problem niewielki, bo jak wspomniałam jeden wyjazd wlazł na drugi, a na tym pierwszym trochę cieplej jednak jest niż będzie na kolejnym. Na drugim też trochę większe objętościowo rzeczy potrzebne będą i najprawdopodobniej przeciwdeszczowe. Najbardziej się cieszę, jak tak tu siedzę, pisze i słucham jak morze szumi przed kamperowym domem, że dres na ten drugi wyjazd spakowałam RUUDEowy, bo się doskonale sprawdziły na pierwszym. A jak już tak to działa wymiennie, to mam ogromną nadzieję, że letnie sukienki na pierwszą wycieczkę spakowane doskonale sprawdzą się na tej drugiej ;)