Drugi raz już robię taki numer, że pocztówek w mieście nie wrzucam do skrzynki. W sumie za pierwszym razem , zupełnie niespecjalnie to było, byłam pewna po prostu, że w NYC na lotnisku maja wszystko. W sumie dużo się nie pomyliłam, maja wszystko oprócz skrzynki na listy. Kto by pomyślał. Powinni tą skrzynkę mieć tam, żebym raz na pół roku mogła pocztówki wysłać, nikt chyba poza mną i kilkoma znanymi mi osobami nie stosuje tej pradawnej techniki odroczonego pozdrawiania.
Większość pozdrawia natychmiastowo messengerem, czy innym czymś takim, zdjęcie załączając przy tym na dowód, że naprawdę są tam gdzie mówią, że przebywają i najlepiej do wielu wysyłają na raz, żeby się nie narobić.
A pocztówki są fajne, bo przy pocztówkach trochę trzeba się narobić. Po pierwsze trzeba je znaleźć i kupić, a później jeszcze znaczki kupić do tego. Czasem jest łatwo, bo można to w tym samym miejscu ogarnąć, a czasem specjalnie na pocztę trzeba wycieczkę zrobić, godziny otwarcia sprawdzić poczty niepolskiej, w kolejce postać czasem, wybrać ilość, zasięg tych znaczków i je na koniec na kartki nalepić.
Na szczęście, co raz więcej jest znaczków przyklejanych, jak naklejka z klejem, a nie oblizywanych, na których trzeba, tak jak kiedyś, ten klej aktywować językiem. Klej pocztówkowy jak pamiętacie, najsmaczniejszy nie jest, dlatego zawsze pocztówki przy winie piszę. Wierzcie mi, przy 7 kartce to już ten smak czuć wyraźnie i trzeba jakoś go sprytnie zmienić. Mam też wrażenie, że po prostu na wino jakoś lepiej się klei to wszystko, i klej na znaczku i pisane słowa.
No właśnie, bo tu najtrudniej się robi. Kartki są, znaczki są, niesmak po kleju jest na języku, to teraz się zaczyna- co tu kuźwa napisać. „Serdeczne pozdrowienia z przepięknej/słonecznej/zaskakującej ………” (tu wpisz miejsce jakie trzeba)- to działa zawsze, tylko dużym drukiem trzeba, żeby choć pół pocztówki zajęło, na reszcie miejsca podpisać się można i z bańki. Gorzej jak ambicje większe, coś mądrzejszego chciałoby się napisać. Tu z pomocą znów przychodzi wino i jakoś tak ciekawiej się robi od razu- pisze się więcej, bo słów jest więcej, wszystko przychodzi łatwiej. Czasem nieskładnie dość wychodzi, nie przez wino oczywiście , po prostu tak się rozwinąć można, że zwyczajnie miejsca jest za mało na napisanie wszystkiego.
Tak przygotowane pozdrowienia najlepiej na mieście do skrzynki wrzucić, bo lotniskowe skrzynki pocztowe to już chyba przeżytek wielki i nie ma. Ale jak wspomniałam, czasem zdarza mi się zapomnieć o tym, bo jak już coś mam w łapkach to pilnuje, żeby gdzieś nie zostawić, jak paszportu w nowojorskim samolocie, po przylocie. Wiec tak chodzę, i chodzę i wszystko na lotnisko zanoszę.
Czasem niechcący, a czasem z pełna świadomością testy robię na ludziach. Na pracownikach lotniska zazwyczaj i sprawdzam, czy jeszcze są ludzie na tyle pomocni i mili, że te moje pocztówki przygarną i wracając z pracy do skrzynki wrzucą gdzieś na ulicy. Nowojorskie pocztówki na lotnisku oddane i przez panią wysłane doleciały, dajcie znać jak poszło z hiszpańskimi kartkami.