Czy wiecie że 7 na 8 klientów francuskiego supermarketu nie zna ni cholery ani jednego słowa po angielsku.
Nie to żebym strasznie chciała w markecie konwersować, ale na Boga postawy jakieś. Coś by mogli ogarniać, bo weź się dowiedz, czy wino jest słodkie czy wytrawne.
Pytałam wyraźnie. Słowami, wzrokiem, kalamburem, palcem. Drukowanymi literami, głośno i z wystającymi oczami.
W odpowiedzi czytnik cen dostałam, biały szalik, żebym wiedziała, że to białe wino na pewno, choć widać z daleka i nie o to pytałam. Jeden typ się zakochał chyba niechcący i na każde moje „słit” ?? „łi łi” odpowiadał, na „draj”?? też „łi łi” gadał, patrząc mi prosto w oczy i niebezpiecznie się zbliżając. Musiałam tą konwersacje zakończyć, bo co raz większą twarz miał przy każdym „łi łi„ , a dużo tego naprawdę w tej wymianie słów było. Poza tym strasznie nie lubię mieć zawsze racji i jak mi ktoś tak we wszystkim przytakuje. Tzn lubię w sumie mieć rację i mam zazwyczaj, ale taką rację wole po jakiejkolwiek, nawet znikomej argumentacji, a nie „łi łi” na wszystko jak leci.
Najmłodszych w markecie też zapytałam, tzn takich co już % legalnie spożywają. Oni coś wiedzą na pewno. Seriale jakieś pewnie widzieli, w necie coś słyszeli, naprawdę wierzyłam w ich podstawową znajomość angielskiego języka. Ciastka im jeszcze palcem pokazałam i bagietkę naprzeciw, błysk w oku błysnął, na siebie spojrzeli i już prawie zrozumieli. Aż etykietę zaczęli czytać, ale podobnie jak ja, nic z niej nie wyczytali… może francuskiego też nie znają, albo nie czytają za mocno? No chyba, że to winiarzy wina, którzy sadzą, że wszystkie odmiany winno-francuskie znam na pamięć i zapomnieli na etykiecie co jest co napisać. Chociażby jakąś rybę i stek narysowali, to wiadomo by było do czego nalać tego i badanie statystyczne
znajomosci języka angielskiego w markecie można by było sobie darować.
A tak, po czwartym ankietowanym już się prawie na kurs językowy zapisałam, żeby się tych dwóch słów po francusku nauczyć na przyszłość, żeby sobie przeczytać samodzielnie następnym razem i o winie więcej wiedzieć, ale szybko się opamiętałam. Nie ma co się uczyć zbędnie, jak na etykiecie i tak nie napisali, ani nie narysowali tego przecież. Lepiej tą kasę w wino zainwestować i się nauczyć odmian jego, słodkości różnych, szczepów i innych, niezbędnych o winie gadżetów.
Ps. 8 człowiek ankietowany też nie był angielskim asem, ale przynamniej moje arcytrudne pytanie zrozumiał i kalamburem odpowiedział, żeby brać, bo wino wytrawne i pyszne.