Z tym, że gotować nie umiem wcale się nie kryje, nie umiem i już, ale dziś to już przesadziłam..
Nigdy nie byłam super kucharką, prób nie było wielu co prawda, może jakbym spróbowała bardziej, okazałoby się, że jestem nieodkrytym talenciem, a nie beznadziejnym beztalenciem pospolitym.
Ale nie ma co gdybać, Fakt jest taki, że nie sprawia mi przyjemności dłubanie w nieżywym kurczaku, klejenie klusek, czy obieranie tony warzyw, które i tak jak się ugotuje (tzn ja jak je ugotuje) to zawsze i wszystkie smakują tak samo. Nie myślcie sobie, że nie dodawałam przypraw, oj dodawałam. Trochę teorii znam z tego gotowania, coś tam oglądałam, więc wiem, że jak coś ma smakować jakoś, to trzeba to przyprawić. Proste c’nie? Kupowałam nawet orientalne przyprawy na wycieczkach wszelakich, sypałam, mieszałam i dupa.
Wszystko z taką przyprawą smakuje tak samo, więc po jasną cholerę marchewkę, kalafiora, cebulę, pora i inne obierać do dania tego wyszukanego, jak po obsypaniu przyprawą wszystko ma smak identyczny.
Lekko inna jest konsystencja jedynie, no chyba, że się zagapisz na momencik i zapomnisz wyjąć to o czasie, to i konsystencja robi się jakaś taka “wyrównana” i nie ma znaczenia (chyba że kolorystyczne), czy to marchewka, groszek, czy bakłażan.
Dlatego nauczona doświadczeniem używam soli i pieprzu, to zawsze działa. Do jajecznicy, sałatki i popcornu, czyli trzech z moich 4 popisowych dań. Czwarte mogłoby pozostać tajemnicą, ale chyba już wszyscy wiedzą, że najlepiej wychodzi mi wino, tzn , prawie zawsze, jak się nie zagapię i słodkiego zamiast wytrawnego nie kupię niechcący.
Jest jeszcze tajska zupa (no jasne, że z torebki), ale o tym może nie będę wspominać, jak Was kiedyś zaproszę na obiad, to będziecie zaskoczeni, albo chociaż chwilę udawajcie, że tak cudownie nagotowałam… Choć jak się okazało i z takim menu nie ma gwarancji sukcesu, jak wspomniałam dziś był ten dzień, kiedy kulinarnie przesadziłam.
W ramach wzbogacenia menu zakupiłam sos curry&kokos w puszce. Gotowy, zapuszkowany, prawie samoobsługowy. Wow, myślę sobie, to będzie moje nowe danie popisowe, do tajskiej zupy pasuje, to podam na danie główne, po zupie.
Nic trudnego pomyślisz - puszkę otworzyć, sos na patelnie wlać , kurę dodać do tego i warzywne gadżety- wystarczy pomieszać, zagotować i jest. Też tak pomyślałam i prawie wyszło, problem tylko z ostatnim punktem się pojawił: „i jest”, bo zamiast sosu wyszła zupa i to bez smaku, za to z posmakiem curry&kokosa, jakbyś do garnka po sosie wlał wodę, kurę wrzucił do tego i warzywne gadżety- wystarczy pomieszać, zagotować i… wyszło co wyszło.
Dlatego jeśli ktoś chciałby komplet garnków (prawie nieużywane), to oddam w dobre ręce, a sama następnym razem nagotuję telefonem, czyli tak jak umiem najlepiej 😎