Trochę mnie dziś poniosło to zwiedzanie.
Tak bardzo się starałam, żeby tym razem grzecznie na leżaku leżeć, a tu 2 punkty widokowe trzeba było odwiedzić koniecznie. Pierwszy to było nic, oprócz tego, że w klapkach i kiecce wlazłam, bo średnio się przygotowałam do tego, to w porównaniu z drugim straszną był amatorszczyzną. Za to drugi… Szczerze, nigdy chyba w moim krótkim życiu tak mocno się nie spociłam.
Że jest gorąco to wiadomo, to jest Tajlandia, jest 35 stopni w cieniu, wilgotność 63%, więc generalnie jesteś spocony jak tylko wystawisz kończynę z domu. Co dopiero jak postanowisz pozwiedzać, czyli np wleźć na punkt widokowy z naprawdę obiecującym widokiem o kuźwa 14:00. Brawo ja !
Naprawdę nie wiem jak ja na to wpadłam, żeby trening zrobić taki i się wdrapywać nogami na górę, kilometr jakiś pod górę zamiast po prostu skuterem tam wjechać. To chyba przez to słońce coś mi do głowy strzeliło … co to jest kilometr…ja nie wejdę?
I szczerze mówiąc trochę źle, a trochę dobrze wyszło. Źle, bo ledwo z życiem uszłam, naprawdę prawie umarłam. Najpierw z gorąca, później z zasapania, później znów z gorącą, a na koniec ze śmiechu i niedowierzania, że sama to sobie zrobiłam przecież.
Serio, tak się po drodze spociłam- nie raz, nie dwa, a raczej przez godzinę się pociłam nieustająco jakbym z basenu wyszła. Tak się zasapałam do tego, jakbym pół maratonu przebiegła i to jeszcze boso, bo klapki też się spociły i ze stopami współpracować nie chciały. Nie było wyjścia jak tylko iść boso (zwłaszcza z powrotem) ‚zamiast wyjechać z klapkóf, zjechać prosto na dół i włazić od początku.
Trudno Wam to pewnie sobie wyobrazić, ale nachylenie miało milion stopni, droga prawie pionowo wspinała się w górę, oczywiście z licznymi zakrętami i półkami takimi, żeby Ci się wydawało, że tylko mały kawałeczek masz do przejścia pod górę, a za każdym zakrętem była kolejna stromizna i tak mniej więcej 20 razy. Po pierwszym kawałku żałowałam, że skuter na dole został, a przy 5 podejściu dziękowałam już wszystkim najświętszym świętym, że skuter jednak został na dole. Plus to był ogromny jak się okazało, choć przecież jak bym chciała, to bym tam wjechała, kto jak nie ja! Tylko raczej już bym nie zjechała. Ewentualnie trzeba by mnie było odebrać na dole w wielu kawałkach i z powyłamywanymi nogami do tego ze skuterem rozczłonkowanym na części pierwsze.
No ale wlazłam. Po najdłuższej wspinaczce na świecie czekała na mnie jeszcze drabina i płatny wstęp na tą drabinę, żeby cokolwiek zobaczyć. Dobrze, że kasę ze sobą zabrałam, głupio by było wleźć tam ten kilometr pod górę i widoku nie zobaczyć wcale, bo nie zabrałeś pieniędzy.
Jakiś cud się stał serio, że się nie poddałam w połowie (nigdy), że mi się udało wdrapać na górę, widokiem zachwycić i nawet wysuszyć lekko. Teraz zostało już tylko zdrapać się na dół i dziękować przy tym bardzo solidnie, że uszłam z życiem, i że coś mnie podkusiło, żeby trekking zrobić i skutera ze sobą nie zabrać na górę. Zdziwicie się na pewno, ale nachylenie drogi w dół też million stopni miało, upał też nie zelżał wcale, a klapki, mimo wielu próśb do samego dołu nie nawiązały współpracy.
Mimo tych wszystkich cudowności bardzo polecam się wspiąć tam jak będziecie w okolicy, widok wymiata, a na górze nawet fantka smakuje wybornie.