Naprawdę nie sposób wysiedzieć tyle czasu w samolocie, a tu jeszcze 8h lotu przede mną, 3,5h lotu za mną, przesiadka, a na dodatek drugi samolot opóźniony, więc zamiast 8 wyjdzie pewnie 10h..
Paryż dziś się nie popisał ani aurą, bo siąpi i wieje jesiennie, ani punktualnością, bo siedzimy w samolocie już do 1,5h. Dobrze, że winem popisuję się zawsze, z taką pomocą jestem wstanie znieść dużo więcej. Ale tym co trzyma mnie tu „przy życiu” i sprawia, że jestem w stanie znieść naprawdę dużo, to to, że za „moment” ujrzę te ruchliwe ulice, tętniące życiem miasto, usłyszę dźwięk syren, zobaczę spieszących się ludzi. Wpadnę w sam środek doskonale funkcjonującej maszyny, która nigdy się nie zatrzymuje. Czeka mnie jeden z moich ulubionych widoków, kiedy wychodzę z lotniska, a moim oczom ukazuje się ściana wieżowców pnących się wysoko do chmur, ustawionych gęsto na oddalonych od siebie krańcach Manhattanu. To jest widok, który wita wszystkich przylatujących tu ludzi- turystów i poszukiwaczy lepszego życia, przywitał też mnie, kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy.
Doskonale pamiętam panią taksowkarke azjatyckiego pochodzenia , przyklejoną nosem do szyby i trzymającą się kurczowo kierownicy. Miałam wrażenie, że przerasta ją wielkość samochodu, w którym siedzi, ilość innych użytkowników dróg i autostrad, mnogość zjazdów, rozjazdów i serpentyn prowadzących bóg wie dokąd. Kolorowe koraliki zawieszone na lusterku wstecznym taksówki dyndały na boki, a w radio amerykański szlagier tworzył doskonałe tło dla mojej pierwszej wizyty tutaj. Ta zapierająca dech w piersiach panorama zbudowanej z betonu, stali i szkła dżungli trochę przytłaczała, a trochę wprawiała w ekscytację.
Im bardziej się zbliżałyśmy, tym co raz bardziej wchłaniało i otulało mnie to miasto, a jego wielkość przestawała nagle przytłaczać, chociaż wciąż, i tak jest do tej pory, robiła niesamowite wrażenie. To trochę jakby spełniało się moje marzenie, o którym nigdy nie śniłam . Czułam podekscytowanie, cieszyłam się na nieznane i rozpierało mnie szczęście niewiadomego pochodzenia. Przecież to tylko miasto, zwykle miasto jakich wiele, myślałam.
Tak naprawdę nigdy nie marzyłam o tym, by odwiedzić Nowy Jork, nie miałam go na mojej bucket list, nawet na ostatnim miejscu. A jednak, kiedy pierwszy raz tu przyjechałam lekko przerażona, niepewna i pełna obaw, od razu poczułam sie jakbym tu pasowała, jakbym tu była już wcześniej. Dźwięk syren , para wodna wydobywająca się ze studzienek ściekowych, spieszący się ludzie, stare kamienice i słońce odbijające się od szklanych ścian, były dla mnie widokiem niesamowitym i jakoś tak dziwnie znajomym. To jakby wrócić do rodzinnego miasta , które ledwo pamiętasz z dzieciństwa, a jednak zapachy, budynki, dźwięki i obrazy sprawiają, że czujesz się jak w domu.
Czułam, że tu pasuje, ale nie wiedziałam jak to możliwie, nie znałam miasta, schematu metra, rozkładu ulic. Na początku nawigacja towarzyszyła mi non stop, choć w ogóle nie czułam obawy, że gdzieś się zgubię, źle skręcę, czy pojadę metrem w zupełnie inną stronę, jej używanie bardzo ułatwiło mi życie i oszczędziło wielu zbędnych kilometrów, których dziennie i tak przechodziłam ok 20. Chodzenie to moim zdaniem jedyny sposób , by poznać i zobaczyć miasto, nawigację więc była bardzo pomocna, bo miałam niecałe 4 dni, żeby choć trochę poznać to miejsce, wliczając w to wycieczkę na Coney Island, wizytę na Harlemie, Williamsburgu i Staten Island, nie wspominając oczywiście o wszystkich zakątkach Manhattanu. O tym dlaczego tak szybko musiałam poznać Nowy Jork i skąd się tu w ogóle wzięłam opowiem innym razem, bo to całkiem długa i na pewno ciekawa historia.
Od mojego pierwszego razu minęły zaledwie 2 lata, a ja w tym czasie odwiedziłam Nowy Jork 4 razy. W tej chwili siedzę w samolocie, żeby po raz kolejny stać się przez chwilę częścią tej niezwykłej układanki światów i kultur, wtopić się w tłum, przechodzić na czerwonym świetle razem z prawdziwymi mieszkańcami, a nie czekać na przejściu z turystami, aż zapali się zielone światło.
Od mojej pierwszej wizyty zmieniło się wiele i w mieście i we mnie, przede wszystkim to, że na każdy kolejny przyjazd tu cieszę się tak, jakby to było spełnienie mojego największego marzenia. To miasto ma w sobie coś, co sprawia, że chcesz tu wracać, drugi, czwarty, piąty i dziewiąty raz i choć zdaje Ci się, że znasz je już dobrze, to za każdym razem czymś się zaskoczy, a dobrze znane widoki, zapachy i dźwięki sprawią, że czujesz się jak w domu. Nie mogę się już doczekać, aż wysiądę z samolotu, a spacer po Brooklyn Bridge o świcie, zachodzie słońca i po zmroku mam już na stałe wpisany na moją Bucket List. Hello New York City. Tęskniłam.