Wydaje mi się, ze jak tylko gdzieś zostaje sama, albo wyjeżdżam w pojedynkę, to mnie dopadają wszystkie przygody na raz. Jakby czekają, aż zostanę sama i wtedy wyłażą z kątów wszelakich.
Moja 5 już wizyta w NYC pozwoliła mi zwiedzić kolejne miejsca i kolejne dzielnice tego ogromnego miasta. Tym razem z racji extra pogody i chęci zwiedzenia dalszego niż manhattanski świata, jako środek transportu wybrałam rower, a celem wycieczki były dzielnice Queens, Green Point i dalszy Brooklyn. Dwie pierwsze odwiedziłam po raz pierwszy, w tej 3 dzielnicy byłam już wcześniej, ale zobaczyć cały Brooklyn to się nawet w tydzień nie da , więc po kolei odwiedzam go sobie po kawałku.
Pierwsze schody pojawiły się na dzień dobry, a raczej nie schody tylko podjazdy. Nie wiem jak ja to sobie wymyśliłam sprytnie, że to będzie light wycieczka, a tu od razu na początku most mnie zaskoczył, bo się okazało, że rowerem też pod górę na ten most trzeba wjechać. Jakoś tak się spodziewałam, że będzie mniejszy ten skos mostu, a tu Queensboro Brigdge mnie zaskoczył totalnie. Reszta mijanych uczestników ruchu rowerowego zdecydowanie sprytniejsza była i zamiast roweru klasycznego, czyt. szaraka pospolitego na pedały z 4 przerzutkami, wybrała rowery elektryczne. Dopiero po piątej osobie się zorientowałam co jest grane, jak mnie na tym podjeździe wyprzedzili wszyscy, łącznie z 75 letnim człowiekiem wątpliwej kondycji..
Ale kto by tam na elektryku jeździł, przecież zwykły rower lepszy i funkcję pełni podobną jak bieganie o poranku, tzn jest doskonałym sposobem, żeby więcej bajgli się zmieściło podczas nowojorskiej wycieczki. Mogłam też oczywiście inny myk zrobić, rowery w NYC są wszędzie , stacje są na każdym , albo co drugim rogu, więc spokojnie mogłam metrem na 2 stronę rzeki przejechać i tam wskoczyć na rower. Ten sposób wymyśliłam w połowie podjazdu, jak już siły mi wyparowały kompletnie, poza tym o powrocie nie było mowy, nie ulubię się poddawać, więc wolałam się zasapać, zamęczyć, ale jakoś podjechać pod góre. Pomyślicie, że z górki było już z górki, ale nic bardziej mylnego. Ty z górki, Ci z naprzeciwka pod górkę i to na elektrykach więc wyprzedzają się na 3, Ci za Tobą z górki, tak jak Ty, ale z większym doświadczeniem, więc szybciej na dół jadą i też na trzeciego Cię wyprzedzają…
Szaleństwo jest ogromne i duża rywalizacja, jak na wyścigach w przedszkolu… byle szybciej, bez wyobraźni i żeby przed Stefanem na dół dojechać. Prześciganki, wyprzedzanki, a ty na tym kulawym rowerze, co ma kierownicę cięższą niż reszta roweru i jak tylko skręcisz lekko kierownikiem, to skręca to cholerstwo całe, albo się przewraca na bok od razu, a ty z nim. To był szczerze pierwszy raz kiedy żałowałam, że nie mam kasku, jak reszta uczestników tej pędzącej wyprzedzanki.
Po drugiej stronie mostu było już lepiej. Nikt się nie pchał, wyścigowcy dawno rozjechali się na wszystkie strony, wszyscy turyści zostali na Manhattanie, a to że nie jestem stąd zdradzał wyłącznie brak kasku. Zwiedziłam Astorię, pełną pięknych szeregowych zabudowań, gdzieniegdzie przystrojonych już upiornie na zbliżające się halloween. Odwiedziłam parki z mniej wystrojonymi spacerowiczami. Przejechałam przez Queens, gdzie panowie łowili ryby na betonowym nabrzeżu w rytm hip hopowej muzyki- może tutejsze ryby przyzwyczajenie są to hałasu i nie trzeba moczyć kija w ciszy, jak podczas mazurskiego, całodniowego połowu trzech płotek. Choć tutejsze wędkarstwo to chyba tylko dla sportu, nie wiem czy chciałabym okonia z East River znaleźć na talerzu, choć gdyby miał 3 ogony to w sumie więcej jedzenia..
Dalej pojechałam przez przemysłowe nabrzeże, gwarny Green Point z polskimi, wyblakłymi lekko napisami na sklepach i barach, i kolejny most, tym razem Pulaski Bridge, zanim dotarłam na Brooklyn. Bardzo chciałam zobaczyć taki bardziej odległy i „prawdziwy” Brooklyn, a tymczasem wylądowałam w najmodniejszym i najszybciej rozwijającym się miejscu pełnym modnych restauracji, drogich butików vintage i loftowych mieszkań w cenie domów z ogrodem gdzieś na przedmieściach. Miejsce bardzo gwarne i bardzo dobre, żeby popatrzeć na ludzi, najnowsze trendy i odpocząć moment w jesiennym słońcu przed dalszym rowerowaniem.
Wybór knajp ogromny. Były i takie super fancy, najnowsze i najmodniejsze, ale też i nowojorskie klasyki jak Joe’s pizza ulokowana na rogu równie modnego skrzyżowania z doskonałym miejscem do siedzenia i obserwacji otoczenia pod pretekstem wcinania pizzy. Jak się okazało nie tylko ja prowadziłam obserwację. Ni z tego ni z tamtego podszedł do mnie mężczyzna i stawiając koło mnie na ławce szklankę z zielonym napojem powiedział, że to dla mnie, bo świetnie w tej czapce Jankesów wyglądam.
Minę na „Rybę” zrobiłam klasycznie zapowietrzoną i zanim zdążyłam zaprotestować on już zniknął w sąsiedniej restauracji.
Standardowo nic od nieznajomych nie biorę ani do jedzenia, ani do picia, ale ten sok wydawał się mega zdrowy, i pyszny, i tak grzechotał zachęcająco między tymi kostkami lodu w prawdziwej, szklanej szklance… wyobrażacie sobie ? W szklanej szklance ! Wow! Biorąc pod uwagę przeróżne sposoby podawania drinków- w plastikowych woreczkach z kaczuszką, plastikowych kubeczkach, ta zwyczajna szklanka do whiskey wydawała się jakimś cudownym rarytasem, zwłaszcza, że właśnie zjadłam kawałek pizzy z papierowej tacki siedząc na ławce pod kolorowym muralem Muhammada Ali.
Dlatego nie krzyczcie na mnie proszę, wiem, że nie powinnam, ale tak ten sok zamachał do mnie i te kostki lodu grzechotały tak zachęcająco, a szklanka delikatnie chłodziła moją rękę… no nie powinnam, ale spróbowałam tylko mały łyczek… i po tym pierwszym łyku się nie przewróciłam.
W 5 kolejnych krokach też się nie przewróciłam i dotarłam do restauracji, gdzie poznałam Fernando i jego przepis na sok z zielonego ogórka. Gdyby nie pizza, która właśnie zjadłam , pewnie zostałabym i zjadła kilka żabich udek, albo cebulową, francuską zupę z grzankami, a tak wypiłam sok ogórkowy i obiecałam, że kiedyś wrócę.
Później pozostało mi tylko przejść przez Domino Park i dotrzeć do brzegu East River, już miało być całkiem normalnie. Poznałam kolegę z Korei Południowej, który z wielkiej wdzięczności za to, że pomogłam mu znaleźć drogę do hotelu zaprosił mnie do swojego kraju, oczywiście non stop się przy tym uśmiechając, i gdybym tam była następnym razem to koniecznie muszę dać mu znać, wszystko mi pokaże..
Po pokonaniu promem East River zostało mi już tylko 17 przecznic do domu, tu już raczej nic mnie już nie czeka wystrzałowego, a jednak…
I tu zadam pytanie, na które chyba znam odpowiedź, ale zaskoczcie mnie proszę..
Targałeś kiedyś wiadro zaprawy w wiaderku 20kg po 3 alei w Nowym Jorku ? przez 4 przecznice ?
Tak myślałam…
A tu Starszy pan był w potrzebie, wszyscy minęli go obojętnie.. tego bolą plecy, ten nie ma czasu, ten w słuchawkach na uszach to nie słyszy, no i jak widać, nie widzi przy okazji.
Nie po to człowiek trenuje całe życie, żeby sobie z wiaderkiem nie poradzić, no to przecież wzięłam i… zawlekliśmy to wiadro przez 4 przecznice do kamienicy, a przyznam że lekko nie było. Jeśli czyta to jakiś producent uchwytów do wiaderek z farbami, zaprawami i innymi ciężkimi gratami, to na Boga, można by pomyśleć o trochę wygodniejszych rączkach do targania tego. Przecież to się nie da tak! Łapki urywa, wrzyna się w dłoń jakby palce miały się uciąć od tego. Tak wiem, że rączka jest, uchwyt niby wygodny… ciekawe czy kiedyś producent tego próbował to nieść , albo jeszcze 2 ręce na tym umieścić?… jakie by małe nie były, to i tak się nie mieszczą.
Dlatego bardzo proszę o przemyślenie tematu, będę w NYC w maju, cholera wie czy nie będzie trzeba komuś znów przenieść jakiegoś wiadra cementu, proszę więc o coś wygodniejszego do targania , albo chociaż wypożyczalnie taczek w okolicy 3 alei , będzie zdecydowanie wygodniej.