Po ponad 2 tygodniach spędzonych na szlajaniu się po parkach narodowych Kanady, gdzie niewiele masz kontaktu z dużą ilością ludzi w jednym miejscu, strasznie trudno jest wrócić do cywilizacji. Powiem tak: jest to naprawdę wyczyn.
W takich parkach są oczywiście miejsca, gdzie ilość turysty na metr kwadratowy przekracza 4 sztuki, ale to tylko pojedyncze przypadki. To te najbardziej znane spoty, te „must see” z folderu, czy instagrama, gdzie przywozi się turystów autokarami, stawia na punkcie widokowym na 15 minut i zagania z powrotem do autokaru. Wystarczy odejść 100 metrów w bok (byle który) i już jest o połowę mniej człowieków, a jeśli jeszcze wybierzesz się na trekking to na pewno nie spotkasz tłumów na szlaku.
Kempingi w „dziczy” też przyjemniejsze. Przestrzenne takie z trawą pod nogami, miejscem na ognisko i spacer. Sąsiedzi daleko, a jeśli zaparkujesz gdzieś „na dziko” to wtedy nie masz żadnych sąsiadów, no chyba że Miś akurat wpadnie na jagody.
Nie ma też hałasów, ewentualnie hałas rzeki, stada komarów (głośniejszych od rzeki), albo pociągu, który smętnie przetacza się gdzieś między górami po ciągnących się kilometrami torach, ale o pociągu innym razem.
To jest ogromny szok, gdy to wszystko „odstawisz”.
Wjeżdżasz do miasta i nagle coś, co od zawsze jest w sumie Twoją codziennością, zaczyna Cię drażnić. Ludzi jest mnóstwo gdzie się nie ruszysz, wystarczy odejść 100 metrów w bok (byle który), a ludzi wciąż tyle samo, albo jeszcze więcej. Kempingów w mieście też nie polubisz, chyba że lubisz spać z sąsiadami, jeść z nimi kolację i wiedzieć doskonale, co robią i o której godzinie.
Są też hałasy wszelakie, komary, a pociąg nadal smętnie się toczy, ale tu już go nie słychać, zagłuszony jest przez wszystkie inne dźwięki tego świata.
I chociaż wydawałoby się, że nie da się tak szybko odzwyczaić, w końcu to niecałe 3 tygodnie, to jedna się da i bardzo dziwnie wraca się do miejskiego życia.
Wszędzie tłumy, nic nie wolno, tylko zakazy, opłaty i nakazy. Nagle pojawiają się śmieci, brud i brak szacunku do czegokolwiek co nie jest nasze. Przykro się patrzy, że to my, ludzie wyrządzamy najwięcej krzywdy tej planecie i od razu chce się wracać do tego lasu, do tych bezludnych stron, czystych rzek, hałasu pociągu i stada komarów…