To był wyjazd z serii tych, za którymi z reguły nie przepadam, czyli bardzo wypoczynkowy. Ale. Wiadomo po co te reguły są i mimo, że odpoczywanie to nie jest to coś co potrafię robić najlepiej, to muszę Wam powiedzieć, że nawet mi się spodobało i udało mi się naprawdę wypocząć. Co prawda lekka walka z nicnierobieniem trwała do ostatniej minuty wyjazdu, nawet mały jogging się pojawił, ale udało mi się jakoś powstrzymać i przezwyciężyć nieustanną chęć robienia „czegoś”.
Odpoczynek trwał od wschodu do zachodu słońca, przerwy w leżeniu pojawiały się wyłącznie na czas posiłków i dolewek drinków. Dobrze, że hotel spory, więc z pokoju do leżaka też był kawałek i jak się człowiek przeszedł 4 razy w ciągu dnia, to nawet uznać to można było za formę spaceru. Do tego ścieżki jak w labiryncie poukładane, więc zawsze do domu było jakoś tak naokoło.
Wyjść za teren hotelu lekko nieprzyjemnie. Z jednej strony wielkie nic, tzn kupa piachu, dalej opuszczony hotel i panowie bez zębów, którzy pilnują przejścia na jeszcze większą kupę piachu niewiadomo po co. Może by ktoś ten piach chciał ukraść, albo zdeptać ?? Nie wiem.
Z drugiej strony, zaraz za kupą piachu, bo to punk obowiązkowy, był hotel, tym razem działający, ale za to bardzo pilnie strzeżony. Pan ochraniacz przejść nie dawał i bronił jak Lew wstępu na hotelową plażę. W tym przypadku w sumie rozumiem, bo oprócz piachu można by jeszcze ukraść leżak, parasol, albo turystę jakiegoś nie daj bosze. Wejść do wody nie wolno, przejść nie wolno, nic ukraść nie wolno- nudy.
Z trzeciej strony piach, zaskoczeni ?? ;) i nic więcej. Tzn są dwa baraki, stado kóz i stado „kojotów”, czyli psów wygłodniałych co w stadach biegają i od rana do nocy szukają jedzenia. Już je widzę oczyma wyobraźni jak mnie gonią podczas porannego biegania, a jak dopadną, to pół łydki mi odgryzą na śniadanie. W takim wypadku już lepiej leżeć na leżaku, choć w sumie żałuję trochę, że na te poranne biegi nie poszłam, to mógłby być najszybszy jogging w moim życiu.
Czwarta, ta najlepsza strona tego „świata”, to morze. Zdecydowanie wszystko co mają tu najlepsze ukryte zostało pod wodą! Przepiękna rafa z mnóstwem mieszkańców na wyciągnięcie ręki, zaraz przy hotelowej plaży, naprawdę robi wrażenie. O pływaniu z żółwiami i krową morską nie wspomnę, to dopiero było COŚ !
Przypomniałam tu sobie jak bardzo tęskniłam za nurkowaniem i podwodnym światem. Tu podobało mi się tak bardzo, że mnie musieli na siłę z wody wyciągać, żebym wróciła na łódkę i na „ulubiony” leżak.
Gdybyście się wybierali, to do Egiptu polecam zabrać maskę z rurką, płetwy i doskonałe towarzystwo, które razem z Wami będzie odpoczywać popijając drinki w otoczeniu kupy piachu i wygłodniałych kojotów ;)